Bywają w życiu każdego z nas takie chwile, że chcemy czegoś tak bardzo, a nie możemy tego dostać. Jesteśmy wtedy w stanie zrobić bardzo wiele, aby to osiągnąć. Tak też było dziś i ze mną. Obudzony przez poranne promyki słońca i zapach parzonej kawy, pełen optymizmu i radości postanowiłem udać się do łazienki celem wyszczotkowania kłów. Niestety, już w momencie wygrzebywania się spod pierzyny przypomniałem sobie, że nie posiadam szczoteczki do zębów! Ktoś ukradł? Uciekła? Nie, spoczywa na zlewie w pewnym mieszkaniu na pewnej ulicy u pewnej pani.
Ale dobra, jako, że jestem niebywale rozgarniętym i spokojnym mężczyzną, postanowiłem przyatakować okoliczne sklepy i kupić nie aż tak bardzo luksusowy produkt. Oh młodzieńcza naiwności! Przecież dziś 11 listopada = punkty handlowe zamknięte. Myślicie, że się poddałem? Że usiadłem w kącie i zacząłem płakać? Nie! Zdecydowanym ruchem zawiązałem najpierw jedną sznurówkę, potem drugą, nałożyłem pelerynę, słuchawki do uszu wsadziłem, uzbrojony w banknot z kółeczkiem wyszedłem szukać skarbu.
Nie tak daleko, bo jedyne 50 metrów od mojej hacjendy mieści się mały sklepik zwany Bratkiem (kiedyś nazywał się Keram). Stanąłem w kolejce i cierpliwie czekam na swoją kolej. Ludzie stojący przede mną kupowali produkty przeróżne, od Kinder Jajka po czekoladki na wagę i piwo. Ale oto proszę państwa zbliża się czas na mnie, moje 5 min! ‘Dzień dobry, czy są szczoteczki do zębów?:D’ ‘Szczoteczki?! Nie..’ ‘;(’.
Powiem szczerze, byłem przygotowany na taką ewentualność. Dlatego pełen werwy z dobrą muzyką w uchu udałem się na Safari. Idę i idę, a wiatr rzuca mną od drzewa do drzewa. Wrony dziobią kawałki gleby dookoła mnie, jakiś sympatyczny pan lump pyta o papierosa. Ja jednak prę do przodu. Po iluś tam minutach marszu za horyzoncie wyłania się upragniona, umiłowana stacja paliw (zwana niekiedy benzynową). Lekko nieufny, trochę nieśmiały przekraczam próg i i i… i co? I gówno!
Wracać do domu? Poddać się po zaledwie dwóch porażkach? Byłbym sobą gdybym tak zrobił, ale dziś chciałem być Brucem Willisem. Więc idę dalej. Dochodzę do rozwidlenia dróg, którą zatem wybrać? Skręcić w prawo i dojść do miejsca gdzie prawdopodobnie znajduje się Apteka Całodobowa? Czy zahaczyć o Orlen skręcając w lewo? Praca na benzyniaku zawsze mnie intrygowała, kojarzyła mi się z dobrobytem, z luksusem, z przepychem. Wybrałem lewicę. Droga przede mną wydawała się niemożliwa do pokonania. Góry, wąwozy, dzikie psy, wygłodniałe ptaki. Lecz ja z każdą minutą, z każdym dniem marszu przybliżam się do miejsca gdzie mogę spotkać tą jedyną, to ukochaną. Jest naprawdę zimno. Herbata w termosie skończyła się już kilka godzin temu o jedzeniu nie wspomnę. Gdy traciłem juz nadzieję w oddali ujrzałem nieostre kształty jakiegoś budynku. Na jego szczycie widniał napis Orlen. Czy mi się wydaję czy naprawdę jestem już u kresu mojej podróży. Przyśpieszam, chcę jak najszybciej znaleźć się tam. Jacyś ludzie krzyczą ‘nie idź!’ ‘zawróć!’. Jestem już na parkingu, wchodzę, patrzę. Same oleje, smary, batony. Ale… widzę podpaski, dobry znak, znak niebios. Podchodzę bliżej, ten zapach, nie zapomnę go nigdy. Jeeeeeeeeeeeest. Nie wiem co zrobić, czy śpiewać, czy tańczyć, czy poprosić jakąś dziewczynę o podrapanie mnie za uchem. Podejrzliwie rozglądam się na około. Chwytam ją w rękę. Stoję już w kolejce. Ale co się dzieje. Coś jest nie tak! Gdy przyszła moja kolej pan kasjer odchodzi od lady i zaczyna robić cholerne hot dogi! I nagle.. anioł, nie widzę jej lecz słyszę ten głos ‘poproszę do kasy’. Kładę szczoteczkę, kładę banknocik. “Tylko szczoteczka?:)” “Tylko:)”.
Mam już w kieszeni to czego pragnąłem. Przede mną długa droga powrotna. Nie wiem kiedy znowu znajdę się w ciepłym mieszkaniu. Ale to nie jest istotne. Ważne jest to, że osiągnąłem swój cel, zdobyłem skarb.
Poniżej prezentuję dwa zdjęcia z naszego pierwszego stosunku doustnego.
